Czyżbym coś przegapiła ?

Czyżbym przespała jakąś porę roku ? Już sama nie wiem i czuję się lekko zdezorientowana, poirytowana i brzydko mówiąc zdołowana....wyglądaniem przez okno i zakładaniem na siebie kolejnych warstw ubrań...ja już chyba kiedyś o tym pisałam i przedziwne jest to, że dotyczyło to zupełnie innej pory roku. A ja naiwna myślałam, że jak zazielenią się drzewa i zakwitną krzewy, łąki, pola i kwiaty to powróci dobry humor, energia i chęć do robienia rzeczy na które nie starczało słońca w zimie. Z tej wiosennej depresji (niesamowicie to brzmi ale w tym roku się przytrafiło) owładnął mnie wczoraj i w sumie ostatnio taki ama de casimzm. Na pewno zastanawia Was, moje drogie to dziwnie brzmiące i wyglądające słowo, a mianowicie jest ono z pochodzenia słowem hiszpańskim a w moim poście występuje w formie spolszczonej. Jest to rzeczownik i oznacza panią domu - ama de casa. Zdarza mi się w ten sposób bawić obcymi słowami, dopasowując je do sytuacji i jezyka polskiego, na ile jest to możliwe oczywiście...takie słowotwórstwo w pełnym wydaniu. Ale wracając do ama de casizmu, wczoraj do 23.00 robiłam rogaliki. I teraz nie wiem, czy to zachowanie jest wynikiem braku słońca (bo na pewno nie nadmiaru) czy może przemarznięcia ? W każdym razie SĄ PYSZNE !!!


Kiedyś dawno temu znalazłam na internecie przepis na nie ale jakoś nigdy nie miałam weny żeby spróbować je zrobić, wczoraj natomiast, wiele się nie zastanawiając, zabrałam się do pracy.


Gra warta była świeczki, gdyż moja siostra stwierdziła dzisiaj, że prosi na drugi raz o kilogram takich pyszności hiiihhi. Rzeczywiście, są bardzo delikatne i to co mnie zawsze bardzo cieszy to proste i szybkie przygotowanie ciasta.
Ale rogaliki były bardzo późnym wynikiem ama de casizmu, wcześniejszym było posadzenie zakupionych prawie miesiąc temu kwiatów. Wspominałam już, że bałam się o ich dalszą kondycję w razie gdyby musiały tak długo czekać na wysadzenie do ziemi. Rozrosły się moje pelargonie, wypiękniały jeszcze a co najważniejsze nie zmarniały.


Ale kiedy kilka dni przed zabraniem się za te balkonowe porządki, wzrokiem ogarnęłam całość, okazało się, że kwiatów jeszcze by się przydało...mało się zastanawiając, pojechałam we wtorek na kwiatowe zakupy i przywiozłam jeszcze takie małe cudeńka.


Nie wiem jak nazywa się ten żółty kwiatuszek tworzący z czasem dywan zwisających kwiatów ale do niego dołożyłam ciemnofioletową, również zwisającą werbenę i zachwyciłam się zestawieniem kolorów.


Pierwszy raz, zdecydowałam się na kompozycje kwiatowe, zawsze bałam się, że nie trafię i dobiorę do pary rośliny które nie będą się znosiły...na przykład jedna druga zdominuje ?


Może nie powinnam się aż tak przejmować ale taką mam naturę, wszystko biorę strasznie na serio. Najważniejsze jest jednak to, że znowu mój balkon żyje. Mam takie magiczne miejsce w kuchni z którego mogę podziwiać kwiaty z okna kuchennego i te z balkonu. To niesamowite ale złapałam się już nie jeden raz na tym, że patrzę w kierunku okna myjąc naczynia choć znajduje się ono po mojej prawej stronie i żeby go zobaczyć, muszę podnieść głowę i ją odchylić w prawą stronę. Oto widok z mojego zaczarowanego miejsca (ale po dużym zbliżeniu na róg balkonu).


Lubię kolory, lubię kiedy mnie otaczają, dlatego tak bardzo jest mi źle kiedy nastaje zima i świat zamienia się w jedną szarą masę w której nie mogę doszukać się niczego interesującego.

1 komentarz:

  1. Rogaliki wyglądają pociągająco... wciągnęłabym kilka do gorącej czekolady.Z pewnością poprawiłyby mi nastrój w ten pochmurny i zimny dzień majowy. Rzeczywiście trudno uwierzyć, że to maj.
    W sprawie zółtego kwiatka nie pomogę, ale z chęcią pozachwycam się jeszcze widokami twoich zaczarowanych miejsc z pięknym kwieciem.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń